Rok 2001, 11 września, Stany Zjednoczone

Za kilka chwil dwie wieże zostaną doszczętnie zdewastowane przez nadlatującego psychopatę.

W tym samym czasie

Warszawa, Godzina 2:45 w nocy

Coś szturchnęło mnie w ramię.
Najpierw lekko. Jakby ktoś sprawdzał, czy w ogóle żyję.
Śniłem jeszcze. Szkoła, liczby, ktoś gonił mnie z drugim śniadaniem. Nie reagowałem.
Kolejne szturchnięcie było mocniejsze.
— Mmm... — mruknąłem tylko, wciskając twarz głębiej w poduszkę.
Trzecie już konkretne.
— Wstawaj. — głos przy uchu.
Zamarłem.
— Musimy iść.
Otworzyłem jedno oko.
Ciemno. Noc. Cisza.
— Co...? — wymamrotałem.
— No wstawaj, nie mamy czasu. — tym razem szybciej, ciszej, jakby serio się spieszył.
Uniosłem głowę kawałek.
— Dziadek?
Stał przy łóżku jak cień, pochylony nade mną.
— Tak. Rusz się.
— Gdzie?
— No jak to gdzie? — prychnął. — Wojna.
Zamrugałem kilka razy.
— Jaka wojna?
— Normalna. Przyszli po nas.
Odwrócił się i podszedł do szafy, otwierając ją z impetem i zaczynając w niej grzebać, jakby naprawdę szukał rzeczy do ewakuacji.
Siedziałem przez chwilę w półśnie, totalnie zdezorientowany.
— Dziadek... co ty robisz?
— No szykuj się, mówię ci. — rzucił przez ramię. — Za pięć minut mogą tu być.
— KTO?!
— No ci od wojny!
W końcu wstałem z łóżka, nogi jak z waty, kliknąłem lampkę.
Klik.
Światło zalało pokój.
I wtedy zobaczyłem go wyraźnie.
Siedział już na krześle przy mnie. Spokojny. Uśmiechnięty. Ręce na kolanach.
Jakby nic się nie wydarzyło.
Patrzył na mnie i ledwo powstrzymywał śmiech.
Zamarłem.
— ... ty pało.
Dziadek wyszczerzył się szerzej.
— Ale jaka!
Opadłem z powrotem na łóżko.
— Ja pierdolę...
— No nie przesadzaj, testowałem czujność.
— O trzeciej w nocy?!
— Najlepsza pora. Wtedy wróg atakuje.
Przetarłem twarz rękami.
— Myślałem, że serio coś się stało.
— Stało się.
Spojrzałem na niego spode łba.
— Co.
Dziadek westchnął teatralnie i rozłożył ręce.
— Zostałem bezdomny.
— ...co?
— Babcia mnie wyrzuciła z łóżka.
Parsknąłem krótkim śmiechem.
— Za co?
— Tego akurat nie powiem.
— No weź.
— Nie.
— Dziadek.
— Prywatne sprawy państwowe.
Westchnąłem.
— Czyli coś odwaliłeś.
— Absolutnie nie. — odparł z godnością. — Jestem niewinny jak poranna rosa.
— Ta.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy.
— To po co przyszedłeś? — zapytałem w końcu.
Dziadek przechylił głowę, jakby się zastanawiał.
— Pogadać.
— O trzeciej w nocy.
— Najlepsze rozmowy są o trzeciej w nocy.
Westchnąłem jeszcze raz, ale już trochę spokojniejszy.
— No dobra. O czym?
Dziadek uśmiechnął się lekko. Tym razem inaczej.
— Mogę ci opowiedzieć historię.
— Jaką?
Na chwilę zrobił się poważniejszy. Tylko odrobinę.
— O kobiecie.
Zmarszczyłem czoło.
— O babci?
Dziadek prychnął.
— Babci? Daj spokój.
— Czemu?
— O babci to ja ci historii opowiadać nie będę.
Na chwilę odwrócił wzrok.
— Zresztą ona sama jest święta tylko przy gościach.
— No to jakiej?
Dziadek zerknął w miejsce, gdzie zwykle stały szachy.
— Widzisz. To nie jest takie proste.
— No to mów prosto.
— Nie da się. — pokręcił głową. — To jak w szachach.
— Co ma piernik do wiatraka?
— Bo ty chcesz wiedzieć, czy to było przed królową, czy po królowej.
— ...no.
— A tu czasem pojawia się figura, której nikt nie planował... i nagle cała partia przestaje wyglądać tak, jak powinna.
Zmrużyłem oczy.
— Czyli była przed babcią?
Dziadek prychnął.
— Ty to byś nawet życie ustawił w kolejce jak do sklepiku.
— To po babci?
— Ty dalej stoisz w tej kolejce, a tu już dawno ktoś wyskoczył przez okno.
— Dziadek...
Pochylił się lekko w moją stronę.
— Dobra. Powiem ci trochę więcej. I tak nie zrozumiesz. Złapiesz za parę lat.
Przewróciłem oczami.
— Była... — zawiesił głos na sekundę — wyjątkowo ładna.
Uniosłem brew.
— „Wyjątkowo” w sensie, że ludzie głupieli, czy w sensie, że ty głupiałeś?
Dziadek uśmiechnął się pod nosem.
— Na tyle, żeby jedni i drudzy przestawali myśleć.
— Czyli niebezpieczna.
— Bardzo. — rzucił spokojnie. — Zwłaszcza że wyglądała, jakby nic nie robiła.
Zmrużyłem oczy.
— A robiła?
— Dokładnie to, czego nikt nie zauważał.
Przechyliłem głowę.
— Czyli co ona właściwie robiła?
Dziadek na chwilę odpłynął wzrokiem gdzieś daleko.
— Specjalizowała się.
— No w czym? — dopytałem zniecierpliwiony.
— W jednej rzeczy. — powiedział ciszej.
— Jakiej?
Dziadek nie odpowiedział od razu. Patrzył gdzieś obok mnie.
— Takiej... która innych przerasta. — mruknął. — Ona... — zawiesił głos — potrafiła zatrzymać rzeczy, których nie da się zatrzymać.
Zamilkłem.
— I? — rzuciłem.
Dziadek westchnął cicho.
— I dlatego ją zamknęli.
Spojrzałem na niego uważniej.
— Gdzie?
— Tam, skąd się nie wychodzi.
Poczułem, jak coś mi siada w głowie.
— Ktoś ją tam wsadził. — powiedziałem w końcu.
Dziadek skinął głową.
— Tak.
— I wy mieliście ją stamtąd zabrać.
Krótka pauza.
Nie zaprzeczył.
Przesunął dłonią po twarzy, jakby ścierał coś starego.
— Pustynia. — powiedział cicho. — Taka, która nie wybacza błędów.
Zamilkł na moment.
— A my dostaliśmy rozkaz.
Podniósł na mnie wzrok.
— Reszta była po naszej stronie.
Cisza.
— Opowiadaj.
Na chwilę przymknął oczy, jakby cofał się gdzieś daleko.
— Warszawa. Noc. — mruknął. — Sala odpraw.
— Tomek też tam był. — jak zawsze.
Krótka pauza.

Dziadek otworzył oczy, ale już nie patrzył na mnie.

Dowództwo przedstawiło nam plan odbicia dwojga jeńców z terenów libijskiej pustyni.

Cele misji:

Mężczyzna, żołnierz szkolony do ochrony dyplomatycznej, 20 lat doświadczenia w armii.

Kobieta, dyplomatka, od 4 lat pracująca na terenie wroga, opisana w raportach jako „wysoka wartość strategiczna”.
Nie tylko ze względu na swoją pozycję, ale także dzięki wiedzy, jaką posiadała.
Jej obecność w tej części świata była dla nas bezcenna. Dla nich — śmiertelnie groźna.
Przez cztery lata żyła wśród ludzi, którzy zabiliby ją bez wahania, gdyby popełniła jeden błąd. Nie popełniła ani jednego.
To ona dwa lata temu przekazała informacje w sprawie trzynastki.

Nie ratowała ludzi siłą. Ratowała ich przewagą kilku minut, jednym właściwym słowem, jednym sygnałem wysłanym tam, gdzie trzeba.

I nagle coś mi zaskoczyło. Spojrzeliśmy z Tomkiem po sobie.
Nasza jednostka miała wtedy przeprowadzić uderzenie i rozbić lokalne grupy bojowe, w wiosce na południu.

Jakimś trafem w ostatniej chwili ktoś zmienił rozkazy. Bez wyjaśnienia.
Tomek się wtedy wkurwił. Ja też.
Dzień później okazało się, że miejsce było kompletnie zaminowane.
Czekali na nas.

— To od niej poszło — rzucił ktoś nad mapą. — Informacja o zasadzce.

Zerknąłem na zdjęcie.

Było w niej coś, co nie pasowało do miejsca, w którym przyszło jej żyć. Nie spokój. Nie uroda. Raczej to wrażenie, że widzi więcej, niż powinna — i już dawno nauczyła się z tym żyć.
Wyglądała zbyt spokojnie, zbyt nienaruszona jak na kogoś, kto od czterech lat funkcjonuje po tamtej stronie.
Coś mnie wtedy na moment wybiło z rytmu, chociaż nie potrafiłem powiedzieć co.

Jeszcze raz spojrzałem na fotografię.
Nie szukałem już szczegółów. Bardziej tego, czego nie było widać.
Wszyscy wiedzieliśmy, że dwa lata wcześniej to ona uratowała nam skórę.
I chyba właśnie dlatego nikt z nas nie zadawał pytań.

Operacja „Pustynna Burza”

Misja ma na celu ekstrakcję i bezpieczne dostarczenie obojga poza strefę ognia.
Dla jasności, to wydostanie kobiety ma absolutny priorytet w tej sytuacji.

Do zadania przydzielono 4 żołnierzy: pilot, technik pokładowy z powietrza oraz ja i wujek Tomek — jako specjalny oddział desantowy dokonujący odbicia.

Zakładnicy są przetrzymywani w bazie operacyjnej, w rejonie Syrty, niedaleko zatoki.

Z danych satelitarnych wiemy, że placówka jest niewielka, ale wyjątkowo dobrze strzeżona.
Teren wokół gmachu jest co prawda utwardzony, ale podlecenie śmigłowcem jest niemożliwe, ze względu na potencjalny ostrzał.

Dane mówią o jedenastu uzbrojonych bojownikach.
Musimy zakładać, że wszyscy są wyposażeni w karabiny oraz ewentualne gadżety podręczne.
Nie ma żadnych śladów potencjalnych materiałów wybuchowych — kontynuował dowódca.

Na samym środku znajduje się budynek główny, w kształcie litery L, jak widać na obrazie z satelity.
To właśnie on jest waszym celem.

Na krótszym skrzydle budynku znajdują się jedyne drzwi wejściowe, strzeżone przez maksymalnie dwóch wartowników — całodobowo.

Do dłuższego skrzydła przylega 6 małych pomieszczeń, ustawionych naprzeciw siebie, parami. Po 3 na stronę.
To w nich najprawdopodobniej trzymani są zakładnicy.

— Nie da się wejść górą? — wtrącił Tomek.

— Z dachu nie ma żadnej możliwości bezpośredniego wejścia do budynku. — odparł dowódca.

— A te czarne prostokąty? — Tomek wskazał na fotografii trzy skrzynkopodobne obiekty na budowli.

— Agregaty wentylacyjne, nad głównym korytarzem. — kontynuował.

— Chłodzą się, skurwysyny — mruknął z uśmiechem.

— Tak. Możemy więc zakładać, że w korytarzach będzie na was czekać co najmniej kilku żołnierzy. — podsumował dowódca.

Wokół obiektu, w promieniu 50 metrów, znajdują się trzy posterunki, z reguły po 2 strażników na każdym z nich.
Są to tylko prymitywne plandeki, pod którymi siedzą, dlatego powinny być łatwymi celami.

Niestety, jak już pewnie panowie wywnioskowaliście, nie ma możliwości wykonywania strzałów dalekosiężnych, ze względu na natychmiastowe wykrycie. Nie wspominając o nocnej porze.
Pierwsza część operacji przebiega po cichu, przy użyciu tłumików.
Druga, w środku — wedle waszego uznania. Jak dla mnie możecie otworzyć nawet ogień piekielny.

Punkt 4:00 zostaniecie wysadzeni ze śmigłowca, 13 km od celu, tuż przy wybrzeżu.
To jedyne miejsce, gdzie możemy podejść wystarczająco blisko bez ryzyka usłyszenia maszyny.

Następnie czeka was prawie 3-godzinny, nocny marsz przez pustynię.
Istotne jest, abyście utrzymywali stabilne tempo i dokonali ekstrakcji przed wschodem słońca, który nastąpi dokładnie o 6:57.
W przeciwnym razie narażacie się na pewne wykrycie przez zewnętrznych strażników.

Z uwagi na trudną przeprawę zabieracie ze sobą tylko wodę, wyposażenie osobiste, po jednej broni długiej, zestawy amunicji i kamizelki.
Nic zapasowego, żadnych dodatkowych obciążeń.

Po przejęciu zakładników musicie oddalić się co najmniej 300 metrów od centrum, abyśmy mogli was podjąć.
Powinno być już wystarczająco jasno, abyśmy mogli was zlokalizować z powietrza.

Jeśli do tego czasu nie nawiążecie łączności, będziemy zmuszeni założyć niepowodzenie misji.

— Czy wszystko jasne? — zapytał dowódca.
Wszyscy przytaknęliśmy bez słowa.
— W takim razie powodzenia.

Godzina 3:57. Noc.

Helikopter zbliżał się do ciemnej, pustynnej tafli, która w mig pochłaniała całą otaczającą nas przestrzeń.

Wyskoczyłem pierwszy. Tomek, tuż za mną, z ledwie dostrzegalną w mroku twarzą — jak zwykle bez wyrazu.

Operator odsunął działko, po czym zrzucił z pokładu pierwszy plecak z ekwipunkiem.
Przerzuciłem go parę metrów dalej, po czym natychmiast podbiegłem po kolejny.
Tomek w tym czasie zarzucił na plecy torbę z bronią, pozostały sprzęt i wodę.

Maszyna cały czas pracowała na pełnych obrotach, wznosząc w powietrze ogromne chmury pyłu.
Piasek, drobny jak puder, wdzierał się wszędzie. Do oczu, do ust, pod ubrania.
Ziemia drżała nam pod stopami.

Kilka chwil później sięgnąłem do radia przypiętego przy udzie i dałem sygnał do odlotu.
Śmigłowiec zaczął powoli wznosić się w powietrze, zostawiając nas na skraju zupełnie zziębniętej głuszy.

Bez słowa zaczęliśmy pewnym krokiem oddalać się od miejsca zrzutu, powoli wbijając się coraz głębiej w pustynię.
Przestrzeń przed nami była zupełnie pusta. Nic oprócz piachu i całkowitego mroku na horyzoncie.

Tomek prowadził, jak zwykle, a ja tuż za nim. Przyjaźniliśmy się od dziecka.
Znałem każdy jego ruch, a on znał mój.
Wspólne marzenia o przyszłości, dziewczynach, a potem wydarzenia w armii — trzymały nas razem przez cały ten czas.
W miarę upływu lat stał się co prawda trochę bardziej oziębły, ale zawsze pierwszy, by stanąć za mną.
Wiedziałem, że gdyby cokolwiek się wydarzyło — on byłby gotowy, nawet zanim ja zdążyłbym zareagować.

Przez dłuższy czas szliśmy w milczeniu. W tle było słychać tylko nasze kroki odbijające się w piasku.

Głowa była pusta, zostawał tylko ruch.

Mniej więcej w połowie przeprawy Tomek zwolnił na moment, zerknął na mnie przez ramię i przerwał ciszę:

— Mówiłem ci kiedyś o „Francuskim Przejęciu”? — zapytał.

— Nie. — odpowiedziałem zdziwiony. — To ze szkolenia?

— Nie do końca. Uczyli nas tego w Legii Cudzoziemskiej. — kontynuował, zrównawszy ze mną kroku.

Instruktor, dowódca i zarazem były legionista, przez ponad miesiąc szkolił naszą małą grupę wyspecjalizowanych manewrów kontaktowych.
I właśnie jednym z nich było „Przejęcie”.

— No dobra, wiem. Mów, na czym polega — dodałem niespecjalnie zainteresowany.

— Załóżmy, że chcesz pozbawić człowieka broni. — ciągnął Tomek.
— Rodzaj broni nie ma w tym wypadku znaczenia, może to być pistolet, nóż, ściereczka do czyszczenia — cokolwiek.
Tak naprawdę każdy obiekt, który przylega w jakimś stopniu bezpośrednio do ofiary.

- Jeśli ze swojej pozycji jesteś w stanie obserwować przedmiot wzrokiem,
albo przynajmniej przejściowo — metoda ta ma stuprocentowe szanse powodzenia.
Oczywiście jeśli wykonana poprawnie. — wyjaśnił.

Przez chwilę nic nie mówiłem. Brzmiało to jak jakaś teoria z podręcznika, nie coś, co działa w praktyce.

- Cały trik polega na błyskawicznym zdezorientowaniu układu nerwowego, przy jednoczesnym, minimalnym rozdrażnieniu układu współczulnego.

Najwięcej zakończeń nerwowych znajduje się u człowieka w okolicach kręgosłupa, karku i łopatek.
Stąd nawet drobna ingerencja w którykolwiek z nich — aktywuje pierwszy układ.

Potem pozostaje już tylko formalność. Mocniejszy ucisk dłoni, nadgarstka, np. podziwiając zegarek i blokując tym samym krótkotrwale tętno.
Nie musi być to od razu brutalny chwyt. Wystarczy przerwać gdzieś dopływ na moment lub dwa. - kontynuował.

Ciało dostaje wtedy mieszany, dwustronny sygnał, po którym przytępia na kilka sekund oba układy.
W tym momencie druga strona nie nadąża już za tym, co się dzieje.

I wtedy robisz, co chcesz. Bierzesz, co twoje. — dodał z uśmiechem.

Przez chwilę milczałem, stawiając kolejne kroki w piasku i układając to w głowie.
Zerknąłem na niego z ukosa, ale szedł jak gdyby nigdy nic, jakby właśnie nie opowiedział mi kompletnej abstrakcji.

— Szczerze? Nie widzę tego, Tomuś. — skomentowałem.
— Brzmi, jakby ci mózg wyprali do reszty w tej Akademii dla pojebów. — dodałem.

Tomek roześmiał się głośno. Ja też parsknąłem pod nosem, bardziej odruchowo niż z rozbawienia. Ale wystarczyło — przez ten jeden moment znów byliśmy tylko braćmi.

Wzgórze, po którym szliśmy, zdawało się nie mieć końca. Noc przykleiła się do horyzontu, odcinając wszystko dalej. A czekały nas jeszcze dwa takie.

Przycupnąłem wreszcie na moment, aby złapać oddech i napić się wody. Usta miałem już całkiem wyschnięte.
Karabin oparłem ostrożnie o nogę i, odpinając termos, obserwowałem Tomka, powoli oddalającego się ku górze.

O czym on pierdoli? — pomyślałem, biorąc w końcu łyk za łykiem.
Jakie przejęcie?

Nie da się przechwycić czegoś od kogoś, pozostając w pełni niezauważonym.

Ale Tomek zawsze taki był. — pomyślałem.

Brał coś małego i rozdmuchiwał to, aż zaczynało żyć własnym życiem.

A potem zostawiał mnie z tym.

Otrzepałem dłonie z piasku i sięgnąłem po broń.

— Rozłożyć ci leżaczek, królewiczu? — krzyknął z przodu.

— Idę, idę. — burknąłem, kończąc jednocześnie dociskać sznurowadła.

Godzina 6:34, 16 minut do bazy

Wokół wciąż było ciemno, ale noc zaczynała już puszczać — powietrze było inne, cięższe, jakby coś się zmieniało. Szliśmy dalej w ciszy, czując obaj, że za chwilę nie będzie już miejsca na rozmowy.

— Myślisz, że trzymają ich przy życiu? Tę kobietę? — zapytałem.

— Raczej nie pilnowałoby jej tylu skurwysynów, gdyby nie wiedzieli, jaka jest cenna — żywa. — Tomek odpowiedział bez wahania.

Musiała być wyjątkowa — pomyślałem.
Jednym ruchem uratowała wtedy cały oddział, potem przez tyle lat zwodziła tych wszystkich arabusów na szczeblach.

Na ostatniej prostej zastanawiałem się, jaka naprawdę jest. Konflikty to jedno. Wchodzimy, wyciągamy broń, walczymy.
Ale grać w tę grę przez tyle lat, ryzykując każdym dniem... To coś prawdziwie potwornego.

— Przestań kombinować — rzucił Tomek, jego ton twardy jak stal. — Nic nam to nie da w obecnej sytuacji.

W tej grze wszystko zostawia ślad. — odpowiedziałem po chwili.

Co z niej zostało po tym wszystkim? — pomyślałem, czując, jak ta myśl ciąży mi na sercu.

Za chwilę mamy się dowiedzieć.

Przez kilka ostatnich minut szliśmy w zupełnej ciszy. Każdy z nas z bronią zabezpieczoną, w pełnej gotowości.
Utkwiłem wzrok w ciemności przed nami. Piasek powoli przesypywał się pod stopami, a my — słyszeliśmy tylko własne oddechy.

Po chwili dostrzegliśmy zarysy bazy w oddali.

Bez słowa, niemal zsynchronizowani, schyliliśmy się, kontynuując powoli marsz.

Kontury budynku, dwóch pojazdów i stanowisk wartowniczych powoli wyłaniały się z mroku.
Jeden pickup stał pusty, drugi miał pakę zawaloną gratami pod plandeką.
Białe reflektory oświetlały drobne posterunki, w których żołnierze albo przysypiali, albo grali w karty.

Zeszliśmy nisko i zatrzymaliśmy się na moment, by ocenić sytuację.
Tomek cofnął się o pół kroku. Wyciągnąłem lornetkę, skupiając się na każdej sylwetce, którą udało się dostrzec.
Baza była dokładnie taka, jak na zdjęciach. Prostokątny budynek, w kształcie litery L.

Po chwili wpatrywania się zauważyłem ruch strażnika przy jednym ze stanowisk. Postawy mieli spokojne, ale byli czujni.

Szybko sprawdziłem pozostałe posterunki. Na każdym po dwóch.

— Są wszyscy — rzuciłem. — Jeden przy drzwiach wejściowych.

Z naszej strony widoczne były tylko 3 pomieszczenia więzienne, przylegające do struktury.
— Na dachu pusto — kontynuowałem. — Tylko czarne agregaty nad korytarzem. Ledwo je widać.
85 metrów do pierwszego celu.

Przez moment jeszcze lustrowałem teren.

— Myślisz, że oni tu sypiają? — mruknąłem cicho.

Tomek nie odrywał wzroku od bazy.

— Jak nie są głupi, to korzystają.

Powoli opuściłem lornetkę. Obraz bazy jeszcze przez moment został mi pod powiekami.
Schowałem ją, przełożyłem karabin przed siebie, palce same ułożyły się na chwycie.

Powietrze nagle zrobiło się gęstsze.
Słońce, jakby chciało wyjść, ale kurwa nie mogło.

Spojrzałem na Tomka. Bez słowa skinął głową.
Był gotowy. Nieruchomy, skupiony, jakby czekał tylko na pierwszy strzał.

— Wchodzimy — rzuciłem, wbijając wzrok w cel.

6:51 — Atak

Zatrzymaliśmy się na granicy światła.
Pierwszy posterunek był najbliżej.

Dwóch, pod plandeką. Jeden półleżał, drugi siedział bokiem, coś mamrotał, może do kart, może do samego siebie.

Spojrzałem na Tomka.

Dwa palce. Potem rozdzielenie.

Skinął głową.

Ruszamy.

Podłoże zmieniło się na twarde. Każdy krok wymagał pełnej kontroli.
Oddech płytki. Ciało napięte.
Jakby każdy mięsień czekał na jeden rozkaz.

20 metrów.

15.

12.

Weszliśmy w ich przestrzeń.

Pierwszy zauważył cień. Za późno.

Strzał.

Tłumik tylko syknął — krótko, sucho. Pocisk wszedł idealnie pod oczodół.
Drugi podniósł głowę, ale Tomek był już przy nim.

Dwa stłumione uderzenia.

Zgasł, zanim zdążył się ruszyć.

Ciała opadły, jakby ktoś odciął im zasilanie.

Zamrożenie.

Nasłuch.

Nic.

Tomek podszedł sprawdzić puls jednego z nich dla pewności, potem spojrzał na mnie i dał krótki sygnał ręką — rozdzielenie.

Dwa kolejne stanowiska.

Ruszyłem w lewo.

Drugi posterunek był gorzej ustawiony — więcej światła, mniej cienia.
Dwóch siedziało naprzeciw siebie. Jeden coś jadł.

Zszedłem niżej, niemal czołgając się ostatnie metry. Serce biło równo, ciężko.

Podniosłem broń.

Wyrównałem oddech.

Złapałem punkt.

Strzał — szyja. Bez dźwięku, bez reakcji.

Zamarł na krześle.

Drugi poderwał się, ręka odruchowo poleciała do karabinu.

Za wolno.

Drugi strzał — klatka.

Opadł na bok.

Cisza.

Odwróciłem się od razu w stronę Tomka.

Trzeci posterunek w oddali.

Obaj już leżeli.

Tomek stał nad nimi przez sekundę, nieruchomy, obserwując otoczenie. Potem spojrzał w moją stronę i skinął głową.

Czysto.

Ruszyłem w stronę wejścia.

Stał przy drzwiach, oparty o ścianę. Karabin tuż obok, w zasięgu ręki. Głowa lekko opuszczona, ale nie spał.

Zmniejszałem dystans.

8 metrów.

Krok.
Piasek sypnął pod butem.

Zamarłem.

Strażnik drgnął.

4.

Uniosłem broń.

Złapałem punkt.

Spust.

Klik.

Zacięcie.

Strażnik uniósł głowę, oczy rozszerzyły się momentalnie. Ręka poleciała do karabinu. Złapał go i pociągnął do siebie jednym, płynnym ruchem.

Próbowałem przeładować — za wolno.

Strzał. Huk.

Uderzenie w klatkę było jak kopnięcie młotem. Powietrze uciekło mi z płuc, nogi na moment zmiękły. Kamizelka przyjęła pocisk, ale siła uderzenia cofnęła mnie o pół kroku.

Upadłem na kolano.

W środku już wiedzieli.

On wycelował ponownie.

Widziałem tylko jego twarz i lufę skierowaną prosto we mnie. Cała reszta zniknęła.

Palec powoli wybierał luz na spuście.

Sekunda zawisła za długo.

Zamarłem. Za późno.

Nagle błysnęło.

Krótki, ostry, przecinający powietrze dźwięk — tuż obok mojej głowy.

Stal wdarła się w półmrok i zniknęła od razu.

Ostrze wbiło się w szyję, rozrywając tętnicę, zanim strażnik zdążył dokończyć ruch.
Karabin wypadł mu z rąk. Upadł tuż przy ścianie jak odcięty.

Przez chwilę słyszałem tylko własny oddech, urwany i płytki.

Powoli odwróciłem głowę, wciąż pozostając w szoku.

Tomek pojawił się za mną niemal od razu, wyciągając drugi nóż z kamizelki.

— Pikuś. — rzucił uśmiechnięty, patrząc na mnie.

Kucnął przy nim, sprawdzając krótko sytuację, jakby to była rutyna.

Jeden szybki ruch — ciało przestało się ruszać.

Przez chwilę klęczałem, próbując złapać oddech. Powietrze wracało powoli, jak przez zaciśnięte gardło.

W końcu odepchnąłem się od ziemi i wstałem, czując, jak kamizelka ciąży na klatce po uderzeniu.

Pieprzona Legia Cudzoziemska — pomyślałem zdyszany.

— Żyjesz? — rzucił.

Przeładowałem w końcu broń. Tym razem zaskoczyła.

Skinąłem głową, zaciskając zęby i łapiąc powietrze.
Za mało. Musiało wystarczyć.

— Wchodzimy.

Tym razem bez błędów.
Drzwi były tuż przed nami.

6:54 — Odbicie

Zatrzymaliśmy się po obu stronach.

Spojrzenie. Krótki ruch głową.

Zdjąłem tłumik. Metal kliknął cicho. Tomek zrobił to samo.

Przestawiłem selektor.
Klik.
Automat.

On też.

Sięgnął do kamizelki. Granat hukowy.

Trzy.

Dwa.

Jeden.

Drzwi otworzyły się gwałtownie.

Granat wleciał do środka.

Błysk.

Huk rozdarł wnętrze.

Weszliśmy do progu — i od razu ogień.

Seria z kałacha przecięła powietrze. Drzazgi, kurz, tynk. Odruchowo cofnąłem się za framugę.

— Kurwa — syknąłem.

Krótki korytarz. Wąski. Na końcu przewrócony stolik — barykada.

Za nim sylwetka. Strzelał na oślep, ale gęsto.

Drugi był gdzieś za zakrętem po lewej. Wychylał się co kilka sekund, puszczając krótkie serie.

Nie było jak wejść.

Wystawiłem broń zza ściany. Strzał. Drugi. Trzeci.

Odpowiedź natychmiastowa — kule wbiły się w futrynę tuż obok mojej głowy.

Tomek zmienił kąt, przyklęknął niżej.

— Barykada — rzucił krótko.

Przytaknąłem.

Czekaliśmy na moment.

Wychylenie zza rogu.

Strzał.

Nie trafiłem.

Seria odpowiedzi.

Kurz wypełnił korytarz.

Z barykady znowu ogień.

— Teraz — powiedział Tomek.

Wyszedłem na pół kroku, przyciągnąłem broń do barku.

Strzał.

Krótka przerwa.

Drugi.

Z barykady wyrwał się jęk. Strzały ustały na ułamek sekundy.

— Mam — rzuciłem.

Tomek nie czekał.

Wszedł pierwszy.

Ja tuż za nim.

Powoli.

Krok za krokiem.

Broń wysoko. Oczy pracują.

Barykada po prawej. Trafiony leżał zsunięty za stołem.

Zakręt po lewej.

Zatrzymanie.

Tomek uniósł dłoń.

Czekamy.

Sekunda.

Druga.

Docisnąłem kolbę do barku.

Wzrok w jednym punkcie.

Cień przesunął się przy ścianie.

Ułamek sekundy.

Strzał.

Krótki, pojedynczy.

Dziewiąte ciało zza rogu runęło o podłogę.

Czysto.

Ruszyliśmy do zakrętu.

Tomek pierwszy. Ja tuż za nim.

Szliśmy wolno.

Na centymetry.

Dopiero wtedy kątem oka złapałem ruch po prawej.

Facet zza barykady poderwał się nagle, jakby wyrwany z martwych.

Zanim zdążyłem się obrócić — broń miał już w rękach.

Seria.

Z bliska.

Tomek dostał w bok.

Raz. Drugi. Trzeci.

Zachwiał się.

— Kurwa! — rzuciłem i pociągnąłem za spust.

Seria wbiła go z powrotem w ziemię.

Cisza.

Tomek osunął się przy ścianie.

Dopadłem go od razu.

Krew przebijała przez kamizelkę, ciemna, szybka. Za szybka.

Oddychał nierówno. Krótko.

Spojrzał na mnie.

— Nie stój... — wychrypiał.

Próbował się uśmiechnąć.

Jak zawsze.

Na ułamek sekundy zapomniałem, gdzie jesteśmy.

Zobaczyłem w nim chłopaka, z którym kiedyś dorastałem.

Chciałem coś powiedzieć.

Nie dałem rady.

Zamilkł.

Głowa przechyliła mu się lekko na bok.

Zacisnąłem dłonie jeszcze na chwilę.

Potem puściłem go, jakby ktoś odciął mi siłę w rękach.

6:52

W budynku panowała martwa cisza. Przez moment słyszałem tylko własny oddech i dudnienie krwi w uszach.

Klęczałem bez ruchu. Nic nie docierało.

Nagle coś się przebiło. Stłumiony, urwany dźwięk.

Kobiecy głos. Zduszony kneblem.

Krótki.

Szarpnęło mną natychmiast.

Zmysły wróciły jak po uderzeniu zimną wodą. Podniosłem głowę.

Jeszcze jeden dźwięk. Twardy, męski wrzask z oddali.

Ostry rozkaz po arabsku.

Potem głuche uderzenie.

I cisza.

Nie czekałem.

Dłuższy korytarz był opustoszały. Bez okien, całkowicie odcięty od świata.
Po lewej i prawej stronie po trzy otwarte wejścia — same otwory w ścianach.

Na suficie przede mną mruczały halogeny. Pomiędzy nimi pracowały nawiewniki, tłocząc powietrze do wnętrza.

W końcu korytarza, w półcieniu, stała wysoka, zamknięta szafa magazynowa, wciśnięta w głąb.

Ruszyłem powoli, trzymając się lewej ściany. Resztki opadniętego tynku pękały mi delikatnie pod stopami.

Zbliżając się do pierwszej pary drzwi, poczułem nad sobą drobny powiew, cały czas pewnie trzymając broń w gotowości.

Pierwsze pomieszczenie po prawej zaczęło odsłaniać swoje wnętrze. Gdy ujawniło się w połowie, od razu wskoczyłem w lewą wnękę, spodziewając się kontaktu.

Czysto.

Pomału przeszedłem na drugą stronę pokoju, upewniając się, że pomieszczenie naprzeciwko jest całkowicie puste.

Wychyliłem się, po czym od razu ruszyłem do drugiej pary wejść.

Zrobiłem ledwie dwa kroki, gdy z pomieszczenia po lewej dobiegł krótki szmer.

Natychmiast przywarłem do prawej ściany, kierując broń na drzwi.

Sylwetki zaczęły wyłaniać się powoli, jedna po drugiej.

Najpierw mężczyzna. Siedział skrępowany w rogu, ręce związane z tyłu, usta zaklejone taśmą. Zamarł, gdy mnie zobaczył.

Dalej plastikowy stolik.

Za nim ona. Również związana, knebel na ustach, oczy szeroko otwarte.

Dopiero na końcu zobaczyłem resztę.

Lufa karabinu wbita w obojczyk kobiety, za nią cień mężczyzny stojącego tuż za nią.

Kobieta, dostrzegając mnie, wydała z siebie zduszony dźwięk.

Ruszyłem natychmiast.

Przebiegłem do przodu, mijając wejście, jednocześnie obracając się w ruchu i kontrolując pomieszczenie naprzeciw.

Odczekałem sekundę, po czym wysunąłem się z powrotem w światło wejścia.

Strażnik zauważył mnie od razu.

Drgnął, ale nie strzelił. Przycisnął lufę mocniej do szyi kobiety.

Broń prowadziłem przed sobą, spokojnie, prosto na jego głowę.

Tętno dudniło mi w uszach. Klatka po wcześniejszym trafieniu piekła przy każdym oddechu, ale ręce miałem nieruchome.

Wszystko inne odciąłem.

Został tylko cel.

Ona zamarła.

Oczy miała szeroko otwarte, wbite raz we mnie, raz w broń przy skórze.

Nikt się nie ruszał.

Wszystko zwolniło.

W pomieszczeniu było słychać tylko nawiew z korytarza i nasze oddechy.

Wiedział, że jeśli strzeli pierwszy, może zginąć sekundę później.

Ja wiedziałem, że jeśli się pomylę, zginie ona.

Palec wisiał na spuście. Milimetry.

On też czekał.

Patrzył na mnie. Ja na niego.

Sekunda zawisła.

-

I nagle — ruch.

Ochroniarz w rogu poderwał się z ziemi — w bok, z całej siły.

Strażnik od razu złapał go wzrokiem.

Szarpnął odruchowo bronią w jego stronę.

Ciało poszło za ruchem.

Lufa drgnęła.

To mi wystarczyło.

Spust.

Huk.

Strzał wbił się w pomieszczenie.

Głowę odrzuciło gwałtownie. Ciało uderzyło o ścianę.

Koniec.

Ale jego palec zdążył zacisnąć się na spuście.

Drugi strzał wyrwał się z odrzutu.

Lufa pociągnęła za nim.

Pocisk wszedł.

Ochroniarz runął na podłogę, trafiony zanim zdążył zrobić drugi krok.

Wszystko na moment zastygło.

Kobieta nie poruszyła się ani o centymetr.

Siedziała sztywno za stolikiem, z ustami pod kneblem rozchylonymi w niemym krzyku, patrząc to na martwego mężczyznę, to na mnie.

Momentalnie wycofałem się, przepinając magazynek w biegu i ruszyłem w kierunku szafy w końcu korytarza.

Zatrzymałem się kilka metrów przed nią.

Seria rozdarła blachę od góry do dołu. Iskry, odłamki farby i metaliczny pogłos odbiły się po całym korytarzu.

Dla pewności poprawiłem jeszcze krótką serią w środek.

Cisza.

Podszedłem bokiem, nie wystawiając się na środek.

Błyskawicznie sprawdziłem oba ostatnie pomieszczenia po lewej i prawej, tak jak wcześniej.

Puste.

— Czysto — rzuciłem pod nosem.

Odwróciłem się natychmiast i wróciłem do kobiety.

Siedziała dokładnie tak samo, jak ją zostawiłem. Nieruchoma. Ramiona spięte, oddech płytki.

Oczy miała wbite gdzieś przed siebie, ale kiedy uklęknąłem przy stoliku, powoli przesunęły się na mnie.

Było w nich coś nowego.

Szok mieszał się z ulgą, niedowierzaniem i czymś, na co nie było teraz miejsca.

Sięgnąłem do knebla.

— Spokojnie. Już po wszystkim.

Oderwałem taśmę jednym, szybkim ruchem.

Wciągnęła powietrze gwałtownie i syknęła z bólu.

Z bliska uderzyło mnie, jak bardzo była wycieńczona. Twarz blada, włosy posklejane potem, nadgarstki czerwone od więzów.
Mimo tego siedziała prosto, z resztką godności, której nikt nie zdołał jej odebrać.

Przeciąłem opaski na rękach.

Palce opadły jej bezwładnie na uda.
Dłonie drgnęły jej lekko, gdy rozcinałem kolejne wiązania przy kostkach. Nawet teraz próbowała siedzieć prosto, jakby nie chciała oddać im ani centymetra więcej, niż już zabrali.

Wzrok uciekł mi na moment.
Za długo.

Otrząsnąłem się.
Za dużo adrenaliny. Za mało czasu.

— Musimy iść. Natychmiast.

Nie ruszyła się.

Spojrzała w bok, na ciało ochroniarza, potem na drzwi, potem z powrotem na mnie — jakby w sekundę próbowała złożyć świat na nowo.
Była przerażona. Ale nie pusta. Myślała.

Jej oddech znów się rozsypał.

— Nie... nie...

Złapałem ją za ramię.

— Słuchaj mnie.

Zero reakcji.

Była tam ciałem, ale głową wciąż w tamtym momencie.

Zakląłem pod nosem, po czym poderwałem ją do góry i docisnąłem do ściany przedramieniem pod obojczykiem, unieruchamiając.

Nie brutalnie.

Mocno.

Tak, żeby wróciła.

— Patrz na mnie! — chwyciłem ją mocniej za barki. — Słuchaj tylko mnie.

— Przed chwilą zginął człowiek, który był mi jak brat. Nie pozwolę stracić też ciebie.
Rozumiesz?

Mrugnęła po chwili.

Pierwszy raz naprawdę.

Oczy złapały ostrość.

— Musimy dojść do punktu odbioru. Teraz.

Przełknęła ślinę, po chwili skinęła lekko głową.

Puściłem ją powoli, ale przez sekundę dalej trzymała moje spojrzenie, jakby było jedyną stałą rzeczą w tym miejscu.

Zdjąłem z szyi uprząż i odłożyłem karabin na stół.

Rozpiąłem kamizelkę i narzuciłem jej na ramiona.

Była za duża i ciężka, opadła na niej nisko, ale dociągnąłem pasy pewnym ruchem.

Palce musnęły jej bok, kiedy poprawiałem zapięcie.

Patrzyła na mnie bez słowa.

— Nie możesz iść bez niej — powiedziała cicho.

— Mogę. — spojrzałem jej prosto w oczy. — Za rogiem mam jeszcze jedną.

Na myśl o Tomku zawahałem się ledwie na moment.

— Teraz ty jesteś ważniejsza.

Nagle zrobiło się lżej.

Zerknąłem na zegarek.

6:55

Cztery minuty do zbiórki.

Chwyciłem broń i odepchnąłem stolik nogą.

— Idziesz za mną. Krok w krok. Bez słowa.

Odpowiedziała ciszą — i to wystarczyło.

Ruszyłem pierwszy.

W chwili, gdy tylko wyszedłem za próg — powietrze eksplodowało.

Nagły strzał rozdarł przestrzeń tak niespodziewanie, że nie zostawił mi żadnej szansy na reakcję.

Uderzenie w kolano było natychmiastowe i niszczące — pocisk wszedł w staw i rozerwał go od środka.

Noga złożyła się pode mną, jakby ktoś odciął ją od reszty ciała.

Strzał padł z prawej strony.

Nie widziałem go. Nie zdążyłem nawet odwrócić głowy.

Runąłem na podłogę, wypuszczając karabin, który odbił się od betonu i potoczył w głąb korytarza.

Ból był tak czysty, że przez sekundę odciął mi oddech.

Nie krzyknąłem.

Nie miałem czym.

Tylko powietrze urwało się w gardle, a przed oczami zrobiło się biało.

Gdzieś dalej rozległy się ciężkie kroki.

Spokojne.

Pewne.

Wtedy zrozumiałem.

Jedenasty.

Kurwa.

Musiał gdzieś przeczekać pierwszy huk, strzały przy wejściu, całe piekło w środku.

Teraz wylazł, jak jego ludzie zaczęli padać jeden po drugim.

Czekał tylko na moment.

Z pomieszczenia za mną natychmiast wybiegła kobieta.

— Nie! — warknąłem, ale już mnie zasłoniła.

Stanęła między mną a korytarzem, jeszcze za duża w mojej kamizelce, drżąca, ale wyprostowana. Ręce opadły osłaniająco wzdłuż ciała.

Była wycieńczona, ledwo stała na nogach, a jednak zasłoniła mnie odruchowo — jakby jej ciało podjęło decyzję szybciej niż myśl.

Podciągnąłem się z trudem na jedno kolano, zaciskając zęby tak mocno, że aż zabolała szczęka.

Do karabinu nie było szans dosięgnąć.

Leżał za daleko.

Tamten już go zauważył.

Wyłonił się powoli z półmroku, od strony wejścia, z twarzą wykrzywioną wściekłością.

Był sam.

I wiedział już wszystko.

Zobaczył ciała. Zobaczył krew. Zobaczył nas.

Krzyknął coś po arabsku, ostro, gardłowo, niemal plując słowami.

Nie rozumiałem treści.

Nie musiałem.

To nie były rozkazy.

To była czysta furia.

Nic nie mogłem zrobić.

Zostaliśmy tak.

Ja na kolanie, za nią.

Ona przede mną, napięta jak struna.

On kilka metrów dalej, z bronią gotową do strzału.

Chciał mnie.

To było widać.

Ale przez jej sylwetkę nie miał czystego kąta. A może po prostu był już zbyt wściekły, żeby myśleć jasno.

Krzyknął znowu.

Tym razem ona odpowiedziała natychmiast.

Ostro. Głośno. Obcym językiem.

Nie spodziewałem się tego.

Nie tylko tonu.

W ogóle tego, że się nie zawahała.

Zaczęli przekrzykiwać się przez korytarz.

On wrzeszczał, wymachiwał lufą, raz celując w nią, raz próbując złapać mnie za jej linią.

Ona nie drgnęła.

Stała przede mną jak wbita w ziemię.

Stałem za nią na jednym kolanie, z rozwalonym stawem, bez broni, z bólem rozchodzącym się aż po biodro.

I po raz pierwszy od początku tej operacji naprawdę wiedziałem, że nie mamy już żadnych szans.

Był za blisko.

Umilkł.

Broń poszła w górę.

Złapał punkt.

Nie poprawiał już.

Decyzja zapadła.

W środku już wiedziałem.

Wtedy coś drgnęło.

Ledwo słyszalne.

Niski, urwany szmer.

Zamarłem na ułamek sekundy.

Nie od niego.

Za czyste.

Nagle powietrze się zmieniło.

Złapał to od razu.

Wycelował momentalnie.

Klips. Przy udzie.

Zastygłem.

Palec znalazł spust.

Oddech.

Nagły impuls.

Skok ciśnienia przebił się przez korytarz.

Dłoń kobiety cofnęła się lekko.

Natychmiast sięgnąłem w dół.

Palce zacisnęły się odruchowo.

Wystarczyło.

Zamieć.

Przestrzeń za budynkiem pękła.

Ryk śmigłowca wdarł się do środka, uderzając w ściany jak fala.

Szarpnęło konstrukcją, jakby coś przeszło przez nią na wylot.

Dźwięk rozbił wszystko inne.

Kurz eksplodował spod sufitu.

Strażnik złożył się na bok.

Linia strzału złamała się razem z nim.

Nie czekałem.

Złapałem ją i przyciągnąłem do siebie, ręką przez brzuch.

Nie było już odwrotu.

— „Między 2–3 — zielone”. — rzuciłem krótko.

Bez powtórzenia.

Bez upewnienia się.

Tylko to.

I modlitwa, że widzą.

Że mają kąt.

Że jest już wystarczająco jasno.

Momentalnie pociągnąłem nas w stronę bocznego wejścia.

Była całkiem oddana w ruch.

Przez ułamek sekundy spojrzałem na niego.

Już wiedział.

Został tam.

Uderzyliśmy o ziemię, całym ciężarem.

Obróciłem ją pod siebie i wcisnąłem w ciało.

Kolejne trzy sekundy rozciągnęły się tak, jakby czas przestał na chwilę istnieć.

Najdłuższe, jakie kiedykolwiek przeżyłem.

Nad nami zaczęło napierać coś tak ciężkiego, że konstrukcja aż jęknęła pod jego naciskiem.

Oddaliśmy się temu.

Nie było już nic poza oczekiwaniem.

Ani ruchu.

Ani oporu.

Ani nic.

I wtedy runęło.

Grad pocisków spadł z potworną siłą.

Seria rozdarła dach przed nami, równając go z ziemią.

Nie pękł — zniknął.

Huk wpadł do środka razem z ogniem.

Wszystko zaczęło się sypać naraz.

Ściany oddawały pod kolejnymi uderzeniami, beton kruszył się i spadał wokół nas.

Pył wypełnił powietrze tak gęsto, że nie dało się oddychać.

Kolejne serie przechodziły przez budynek, rozrywając go kawałek po kawałku.

Leżeliśmy wciśnięci w siebie, nieruchomi, jakby każdy ruch miał nas zdradzić.

Czułem jej oddech na szyi.

Szybki. Płytki.

Trzymałem ją mocniej, niż powinienem.

Jakby to miało coś zmienić.

Świat nad nami pękał, rozpadał się, znikał przed oczami.

Bez przerwy.

Bez końca.

I wtedy coś się oderwało.

Odłamek spadł z góry.

Uderzenie przyszło nagle.

Ciemność.

Odwróciłem się do dziadka tak gwałtownie, że aż skrzypnęło łóżko.

— Ale co się stało dalej?

Dziadek siedział oparty bokiem o framugę, z rękami splecionymi na brzuchu i tym swoim debilnym uśmieszkiem, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy wiedział coś, czego ja jeszcze nie wiedziałem.

— Aaa, no widzisz... — przeciągnął, mrużąc oczy. — Tego ci akurat powiedzieć nie mogę.

— Jak to nie możesz?

— Normalnie. Mogę, ale nie chcę.

— Dziadek.

— Wnuk.

— No weź.

— No nie.

Patrzyłem na niego jeszcze chwilę, aż w końcu prychnąłem śmiechem i opadłem z powrotem na poduszkę.

— Niezła historia. Chyba najlepsza ze wszystkich.

Dziadek od razu uniósł brodę, jakby właśnie dostał medal.

— No ba. Po coś tyle lat żyję.

Uśmiechnąłem się, ale zaraz mi zeszło.

— Szkoda tylko, że nie poznałem wujka Tomka.

Dziadek też na chwilę spoważniał. Tylko odrobinę. Tyle, ile trzeba.

— Poznałbyś. — mruknął. — I by cię od razu nauczył samych złych rzeczy.

— Czyli polubiłbym go.

— Dlatego właśnie mówię, że szkoda.

Przez moment było cicho. Potem przypomniało mi się coś jeszcze i zmarszczyłem czoło.

— Ale tak w ogóle... szkoda tego ochroniarza.

Dziadek spojrzał na mnie tak, jakbym właśnie powiedział coś kompletnie absurdalnego.

— Którego?

— No tego. Tego ochroniarza w środku.

— Aaa, jego. — machnął ręką. — Nie, jego akurat wcale nie szkoda.

— Dziadek...

— No co? Nie lubiłem chłopa.

— Przecież go nie znałeś.

— Wystarczająco długo leżał związany, żebym sobie wyrobił opinię.

Parsknąłem śmiechem.

— No ale serio. Nie dało się go uratować?

Dziadek westchnął.

— Nie.

— Ale mogłeś strzelić gdzieś indziej.

— Gdzie?

— No nie wiem... obok?

Dziadek spojrzał na mnie.

— A potem co? Powiedzieć mu, żeby się nie ruszał?

Zawahałem się.

— No...

— Za późno było na „no”.

Pokręciłem głową, uśmiechając się pod nosem.

— Jesteś niemożliwy.

— Od dawna to podejrzewałem.

Zmrużyłem oczy.

— A tak w ogóle... czemu babcia wyrzuciła cię z łóżka, że przyszedłeś do mnie po nocy?

Dziadek momentalnie odchrząknął i poprawił się na krześle.

— To jest bardzo skomplikowana historia.

— Czyli śmieszna.

— Czyli prywatna.

— Czyli śmieszna.

— ...czyli trochę śmieszna — przyznał w końcu.

Usiadłem od razu prościej.

— No to mów.

Dziadek popatrzył na mnie chytrze.

— Dobra. Ale najpierw pykniemy partyjkę.

— W szachy?

— Nie, w warcaby geniuszu.

— Dziadek, ja mam jutro egzamin.

Uniósł brew.

— Ty chodzisz do pierwszej podstawówki.

— Właśnie dlatego muszę się wyspać. To są poważne rzeczy.

— Masz rację. Litery same się nie nauczą.

Westchnąłem ciężko, jak człowiek przygnieciony obowiązkami.

— Dobra. Dawaj te szachy.

— Wiedziałem, że jesteś rozsądnym dzieckiem.

Dziadek wstał, mrucząc coś pod nosem, i wyszedł z pokoju. Po chwili usłyszałem stukanie szuflad, potem skrzypnięcie lodówki. Wrócił z szachownicą pod pachą i musem owocowym w dłoni.

Moim ulubionym.

Od razu wyciągnąłem rękę.

— Wiedziałem.

— Oczywiście, że wiedziałeś. Ja też wiedziałem, że będziesz wiedział.

Usiadł obok łóżka, rozłożył szachownicę na kołdrze i podał mi mus. Odkręciłem go od razu, a on zaczął ustawiać figury z miną człowieka, który zaraz powie coś wielkiego.

— No dobra — powiedziałem z pełnymi policzkami. — To czemu babcia cię wyrzuciła?

Dziadek zamarł z białym skoczkiem w ręce.

— Obudziłem się w nocy.

— I?

— Leżę sobie spokojnie. Ciemno. Cicho. Pięknie.

— Mhm.

— I nagle widzę, że babcia jest obrócona do mnie plecami.

— O nie...

— O tak. — Pokiwał głową bardzo poważnie. — I słuchaj teraz uważnie. Bo to ważne dla fabuły.

Pochyliłem się bliżej.

— No.

— Była obrócona tak, że... no...

— Że co?

Dziadek zrobił minę człowieka szukającego bardzo naukowego słownictwa.

— Że jej pupcia patrzyła prosto na mnie.

Parsknąłem śmiechem.

— Dziadek!

— No co mam ci powiedzieć? Tak było. Calutka. Okrąglutka. Bezczelnie wystawiona w moją stronę.

Ja już prawie dusiłem się ze śmiechu, a on mówił dalej z kamienną twarzą:

— No to sobie myślę... może delikatnie położę dłoń. Tak symbolicznie. Pokojowo. Tak... spokojnie. Na ile się da.

— Pokojowo?!

— Pokojowo. Żadnych gwałtownych ruchów.

— I co?

Dziadek uniósł palec.

— I jak tylko zbliżyłem rękę... bach!

Klasnął nagle tak głośno, że aż podskoczyłem.

— Babcia nawet się nie obróciła. Po prostu mnie wykopała z łóżka tak, jakby ćwiczyła na kimś przede mną.

Śmiałem się już tak mocno, że aż rozbolał mnie brzuch.

— Nie wierzę.

— A ja owszem. Do teraz mnie bok czasem ćmi.

— I z tym do mnie przyszedłeś?

— No a gdzie miałem iść? Do sąsiadów? Przecież mnie znają.

Rozstawiliśmy figury do końca. Dziadek popchnął w moją stronę pionka.

— Białe twoje. Tylko nie kombinuj jak z tym ochroniarzem.

— Dobra, dobra.

Złapałem pionka i zrobiłem pierwszy ruch.

Dziadek patrzył na planszę z tym samym półuśmiechem co zawsze, jakby już z góry wiedział coś, czego ja jeszcze nie wiedziałem.

A ja wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, że za wiele lat spotka mnie identyczna sytuacja.

Że pewnej nocy ja też obudzę się obok kobiety, która odwróci się do mnie plecami.

I że stanę naprzeciw dokładnie tej samej, okrągłej próby charakteru.