Świadomość wróciła nagle.

Światło uderzyło tak ostro, że przez chwilę nie byłem pewien, czy to jeszcze ja.
Leżałem na rozgrzanym piasku, czując, jakby żar powoli zaczynał smażyć mnie od spodu.

Suchość drapała od środka, jakby coś wyssało ze mnie wszystko i zostawiło tylko resztki.
Czułem, ze chwilę wcześniej przeszło przeze mnie coś, co odwróciło zasady tego miejsca.

Próbowałem zrozumieć, jakim cudem trafiłem na pustynię — ostatnie, co pamiętałem, to huk i ciężar świata walącego się nad nami.

Reszta się nie zgadzała.

Noga była opatrzona. Zbyt dobrze.

Kula zniknęła.

Ktoś tu był.

I cokolwiek się wydarzyło, przeszło przeze mnie do końca — zostawiając po sobie tylko zmęczenie i ciszę.

Leżałem tak jeszcze chwilę, zbierając oddech, zanim spojrzałem w dół.

Coś było nie tak.

Klamra przy biodrze wisiała luźniej, niż powinna.

Spróbowałem to jakoś poukładać w głowie.

Nie zdążyłem.

Świat znowu zaczął się rozmywać.